Actions

Work Header

Be careful what you wish for

Summary:

Po śmierci żony Andrzej próbuje zająć się siedmioletnim synem i w międzyczasie poukładać sobie życie na nowo. Może liczyć na wsparcie Tadka i tajemniczego Wółczykija, o którym wie tylko tyle, że ten dużo podróżuje po świecie. I kiedy Andrzej myślał, że już najgorsze ma za sobą, w jego życie wkracza sławny podróżnik Smuga, na punkcie którego jego syn ma lekko niepokojącą obsesję...

Notes:

Pierwsza próba osadzenia naszych nieogarów we współczesnym świecie. Pragnę zaznaczyć, iż autorka dzieci sama nie posiada i o wychowywaniu ich wie tyle, co jej powiedziały internety. Konstruktywna krytyka jest więc mile widziana.

Chapter Text

W maleńkiej kuchni mieszkania na parterze świeciła się podwieszona do sufitu jarzeniówka. Jaskrawe światło gryzło się z żółtą okleiną na szafkach wiszących nad kuchenką i rzędem tych stojących na ziemi, tworzących wąski blat. Po prawej stronie kuchni, przy malutkim stole stały dwa krzesła, podsunięte aż do ściany, żeby nie blokowały wąskiego przejścia do lodówki przy oknie.

Na zewnątrz wciąż panował mrok pogłębiony wiszącymi nisko ciemnymi chmurami, które zapowiadały ulewny deszcz jeszcze przed południem.  Chłodny jesienny wiatr targał koronami drzew, kręcił pożółkłymi liśćmi i wpadał do środka przez szparę w oknie, wędrując po całym pomieszczeniu.

Będzie musiał zakleić dziurę gazetami, zanim przyjdą pierwsze mrozy.

- Tomku?! Zaraz wychodzimy, pośpiesz się!

- Już!

Nie było jeszcze siódmej, a on już nawet nie miał siły denerwować się na to przeklęte „już”.

Codziennie to samo.

Najpierw potyczka o wyciągnięcie Tomka z łóżka, która kończyła się zazwyczaj słowami: „Pan Smuga na pewno wstaje jeszcze przed świtem.” I to nie miało prawa działać. Nie mogło. Ale działało niezmiennie od dwóch miesięcy, więc Andrzej tylko w duchu przepraszał tego całego Smugę i bezwstydnie używał go, jako argumentu niemal na wszystko.

Wojna z siedmioletnim synem o śniadanie, o którego zjedzeniu on mógł tylko pomarzyć?  „Pan Smuga na wyprawach na pewno je wszystko, co mu podsuną pod nos, bo w dalekim świecie nie można być wybrednym.

Później następowała przeprawa przez mycie zębów, ubieranie się i właściwe wyjście z domu. A wszystko okraszone „Pan Smuga na pewno…”

Czy wyprawienie dziecka do szkoły naprawdę musiało być tak stresujące? Może powinien zaprosić tego całego Smugę do nich? Żeby on mu syna do szkoły szykował? Byłoby szybciej…

- Tomku? – Zawinął przygotowane kanapki w papier śniadaniowy i odłożył na skraj stołu. Jednym haustem dopił zimną już kawę, obrócił się na pięcie, wyciągnął rękę i chciał odstawić kubek do zlewu, ale zorientował się, że naczynia po wczorajszym obiedzie stały jeszcze w środku.

Cholera.

Zza ściany dobiegło go stłumione, podirytowane:

- No już.

W sercu mu zakuło na wspomnienie podobnych poranków, zdawałoby się jeszcze wczoraj, kiedy z rana szykowali obydwoje Tomka do przedszkola. Kiedy każda minuta była wypełniona śmiechem, radosnym piskiem dziecka i donośnym szczekaniem psa. Kiedy pośpiech był czymś naturalnym, niestrasznym, po prostu częścią dnia i nie wypełniał serca przerażeniem.

Od kiedy został sam, wszystko przychodziło mu z trudem. Ciągle miał wrażenie, że mu brakuje dnia. Nie ważne, co by robił i jak bardzo by się nie starał, każda kolejna rzecz zdawała się zajmować mu dłużej, niż powinna, a czasu ubywało szybciej, niż to możliwe. W najlepszym przypadku kładł się spać tylko z połową odhaczonej mentalnej listy zadań, bo przecież nie mógł w międzyczasie zaniedbać Tomka. Często musiał wybierać, czy przeczytać synkowi drugą bajkę na dobranoc? Czy pozmywać po obiedzie?

Bajki przeważnie wygrywały.

Jakim cudem ona sobie z tym radziła?

- Tatusiu?! Widziałeś moje skarpetki z Batmanem?!

Andrzej zamarł na moment i z ciężkim westchnieniem przymknął oczy. Oparł palce na grzbiecie nosa, uciskając lekko. Zapomniał o praniu. Miał nastawić pralkę wieczorem, ale między obiadem i dopilnowaniem, żeby Dingo nie zjadł jego ostatniego artykułu, wyleciało mu z głowy. Teraz czekała go jeszcze wojna o skarpetki…

Przeszedł z maleńkiej kuchni wąskim, ciemnym korytarzem na lewo, gdzie na drzwiach wisiała drewniana tabliczka ozdobiona motywem safari. Andrzej z bólem w sercu delikatnie dotknął pomalowanej w zielone liście ramki, na której poprzyklejane były żyrafy, zebry, lwy i słonie. Na środku, ułożone było z małych bambusowych kijków imię Tomka.

- Tato!

- No już. – Prychnął cicho pod nosem i z ostatnim spojrzeniem na tabliczkę, nastawiając się na najgorsze wszedł do pokoju syna. – A nie możesz…?

Andrzej urwał, bo to, co zobaczył w środku odebrało mu mowę. Ustawione na lewo od drzwi pod ścianą łóżko Tomka było przewalone, jakby chłopiec stoczył walkę z kołdrą i przegrał. Dwie szuflady ciuchów leżały na ziemi, zajmując całą prawą stronę, gdzie stała nieduża komoda, z ustawionymi na niej ramkami na zdjęcia, a niespakowany plecak nadal leżał pod biurkiem przy oknie naprzeciwko drzwi i był pożerany przez Dingo. Po środku tego wszystkiego stał Tomek i jakby nie widząc w tym nic złego, wymachiwał paczką nowych, jeszcze nieotwieranych skarpet.

- A mogę wziąść te z Kapitanem Ameryką?

Jezu Chryste…

- Mówi się „wziąć”, nie „wziąść” – Odruchowo poprawił Tomka, jak już odzyskał mowę i podłamany na duchu, przytaknął. – Tylko pośpiesz się, bo zaraz się spóźnimy. Dingo zostaw!

Tomek cupnął na skraju łóżka i z zapałem rozerwał paczkę, jednym okiem obserwując jak ojciec odbiera psu jego plecak. Zrobiło mu się przykro, kiedy wyraźnie widział, jak szerokie bary przykurczyły się nieco na widok poszarpanego ramiączka.

Nie można było o Tomku powiedzieć, że był niedomyślny. Jak na swoje siedem lat rozumiał bardzo dużo i wiedział, że ojciec nie będzie mógł mu kupić nowego plecaka. Na razie nie. Na nowe buty też musiał troszkę poczekać, ale tatuś zawsze kupował mu wszystko, co było mu potrzebne. Na plecak też poczeka.

Jego tatuś tak bardzo starał się sam nim się zająć, ale czasem go to przerastało. Tak im obu mamusi brakowało! Ona zawsze potrafiła z niczego zrobić coś i wyczarowywała im więcej czasu, i dzięki niej tatuś częściej się śmiał.

Teraz też na pewno by go upomniała za ubrania i niespakowany plecak, ale pocałowałaby go w czoło i przytuliła mocno.

Tomek szybko założył niebieskie skarpety z tarczą Kapitana Ameryki na kostkach i po chwili namysłu podszedł ostrożnie do porozrzucanych ciuchów. Zaczął zbierać je w ramiona i upychać w szuflady, żeby pomóc tacie, bo przecież to on nabałaganił, ale duża dłoń powstrzymała go.

- Nie przejmuj się tym, Tomku. Później pozbieramy ubrania, a teraz spakuj się i wychodzimy.

Chłopiec spojrzał na ojca i napotkał jego łagodny uśmiech. Bez namysłu rzucił ciuchy na ziemię i wcisnął się w silne ramiona, niemal przewracając ich obu na ziemię.

- Kocham cię, tatusiu. – Wyszeptał i uśmiechnął się szeroko, kiedy został mocno przytulony. Nie tak, jak mamusia go przytulała, ale to wystarczyło.

- Ja ciebie też kocham, synku. A teraz już bez ociągania. Raz, dwa.

Andrzej jeszcze raz zerknął na poszarpany plecak z nadzieją, że może uda mu się co nieco pozszywać, żeby przetrzymało chociaż do następnego miesiąca. Nie wyglądało to ciekawie, ale nie miał teraz czasu się tym zająć. Zerknął na zegarek i mentalnie jęknął, bo było już w pół do siódmej.

Zmiana planów.

- Idź, Tomku, zakładaj już buty i kurtkę, a ja cię spakuję. – Pchnął syna delikatnie w stronę przedpokoju i pokręcił głową. – Tyle razy powtarzałem, żebyś zawsze pakował plecak z wieczora.

Nie udało mu się stłumić nuty irytacji w głosie i sam za to się skarcił, bo obiecał sobie, że zachowa spokój i nie będzie strofował Tomka. Jego chłopiec i tak już tyle przeszedł, nie potrzeba mu było ojca wydzierającego się na niego z samego rana o coś tak błahego.

- Ale wczoraj wieczorem był ten ciekawy program podróżniczy! – Tomek zawołał z przedpokoju, jakby to wszystko wyjaśniało.

- I przez to nie mogłeś wrzucić paru zeszytów i książek do plecaka?

Zerknął szybko na plan zajęć wydrukowany na zielonym papierze, przyklejony pożółkłą taśmą do ścianki szafki wiszącej nad biurkiem i z trudem odczytał nazwy przedmiotów. A mógł się nie zgadzać na ten zielony, kiedy pytał Tomka, w jakim kolorze chce mieć rozkład zajęć. Czarne literki, nawet w świetle lampki były ledwo widoczne.

- Bo wczoraj był wywiad ze Smugą! – Tomek rzucił takim tonem, jakby to było zupełnie oczywiste i nie rozumiał, czemu ojciec o to pytał.

Ach. Jakże mógł zapomnieć.

- Jestem pewny, że pan Smuga nie pakuje swojego ekwipunku w dzień wyruszenia na wyprawę.

Cisza.

- O tym nie pomyślałem. Przypomnij mi, tatusiu, żebym się dziś wieczorem spakował, dobrze?

A co on, do jasnej cholery, robił każdego wieczora już od miesiąca?!

- Dobrze, przypomnę. – Odnalazł odpowiednie zeszyty i książki. Upewnił się, że w środku już siedzi piórnik i strój na gimnastykę. – Gotowy?

- Czekamy na ciebie. Nawet Dingo ma już smycz dopiętą.

No tak.

Andrzej wyszedł do przedpokoju, gdzie faktycznie, Tomek stał gotowy do wyjścia i trzymał na smyczy kręcącego się w koło Dingo. Szybkie spojrzenie na zegarek uświadomiło mu, że zostało im dziesięć minut do autobusu. Oddał Tomkowi jego plecak, w dwóch krokach wpadł do kuchni i porwał ze stołu zapakowane kanapki, butelkę z owocową herbatą i po sekundzie namysłu chwycił też jabłko ze stojącej pod ścianą miski. W przedpokoju o mało nie rozdeptał Dingo, który zaczął już cicho ujadać i jeszcze bardziej kręcić się w około.

Cholera, spóźnią się…

Wrzucił drugie śniadanie do plecaka Tomka, dopiął mu kurtkę i poprawił szalik. W pędzie sam założył buty, zarzucił płaszcz  i gdzieś tam z tyłu głowy zamajaczyło mu, że podeszwa w lewym bucie zaczęła odrywać się przy dużym palcu. Obmacał szybko kieszenie w poszukiwaniu telefonu, portfela i kluczy. Przerzucił torbę przez ramię i z ostatnim spojrzeniem na zegarek wygonił ich na klatkę.

- No już, piesku, zaraz wyjdziemy, już. – Tomek uspokajał coraz głośniej ujadającego Dingo.

Sąsiedzi nie lubili, kiedy przed siódmą rano budziło ich głośne szczekanie psa. Stara pani z mieszkania obok raz nawet nakrzyczała na nich, bo w jej słowach „budzili ją o takiej nieprzyzwoitej porze”. Tylko że było Tomkowi ciężko zrozumieć, jak można jeszcze spać, kiedy on już wychodził z domu do szkoły? To wszyscy dorośli nie wstawali tak wcześnie, jak tatuś?

Ale nie mógł się teraz nad tym dłużej głowić, bo tato go ciągle poganiał. Niemal wybiegli z klatki i tatuś wziął go na ręce, ruszając pędem na przystanek. Biedny Dingo nawet nie miał jak przystanąć na moment i konsekwentnie obsikiwał każde napotkane koła samochodów zaparkowanych przy chodniku. Na szczęście inne psy miały podobny zwyczaj i jakoś go to specjalnie nie przejęło. Tatuś też się tym nie przejmował. Przynajmniej nie, kiedy biegli na przystanek.

Z ostatnim spojrzeniem na zegarek Andrzej odetchnął z ulgą.

Zdążyli!

Jakimś cudem autobus dopiero podjeżdżał i miał nawet czas złapać oddech, nim odstawił Tomka na ziemię i przygarnął go do siebie razem z Dingo. Nie bez problemu załadowali się do środka i udało się im wcisnąć w zakole na przegubie. Dingo nieustannie wpychał nos w torby i kieszenie każdego, kto miał nieszczęście stanąć obok nich i Andrzej stracił rachubę ilu ludzi zdążył przeprosić, zanim wysiedli na ich przystanku.

Nie lubił takich szaleńczych poranków. Zajęło mu dwa tygodnie, żeby mniej więcej rozpracować, o której godzinie musiał wyjść z domu, żeby nigdzie się nie spóźnić i to nie zawsze mu się udawało. Od września musiał odstawiać Tomka do szkoły na jednym końcu miasta, oddać psa Tadkowi, przebić się przez centrum w godzinach porannego szczytu i zdążyć do pracy na drugim końcu miasta.

Wcześniej byłoby łatwiej, bo mieszkali bliżej szkoły, ale nie był w stanie sam utrzymać większego mieszkania. Nie z jednej pensji geografa zatrudnionego na okres próbny w muzeum. Trzy miesiące po śmierci żony, z pomocą Tadka znalazł malutkie mieszkanko w przystępnej cenie na w miarę spokojnym osiedlu. We dwóch, z niewielką „pomocą” Tomka, wstawili w kuchni ścianki działowe i pozbywając się części jadalnej, zorganizowali całkiem zgrabny pokój dla Tomka. On sam ulokował się w dużym pokoju, który robił za pokój gościnny, jego sypialnię i biuro.

Szybko się przyzwyczaili do małego metrażu i było im dobrze.

Tomek nie narzekał na to, że musiał być w szkole na długo zanim miały się zacząć lekcje i za to Andrzej był niezmiernie wdzięczny. W prawdzie każdego ranka budził się nastawiony, że akurat tego dnia Tomek się zbuntuje, ale kończył się już październik i jak na razie buntu nie było. Przynajmniej nie o szkołę.

- Tato? A odbierzesz mnie ze szkoły? Czy pan Nowicki przyjdzie po mnie?

Andrzej mentalnie przewertował swój plan na ten dzień i skrzywił się, kiedy doszedł do wniosku, że nie, nie uda mu się wyrwać o drugiej, żeby zdążyć odebrać syna.

- Obawiam się, że pan Nowicki cię odbierze. Przepraszam, Tomku. – Spojrzał na syna, oczekując łez i tupania nogami, ale otrzymał w odpowiedzi szczery, szeroki uśmiech, kiedy chłopiec nadal trzymając go za rękę, wpadł z impetem w górę liści zgarniętych na poboczu chodnika.

- To nic. – Tomek rozkopał różnokolorowe liście i pociągnął za sobą Dingo. -  Pan Nowicki powiedział, że następnym razem, jak mnie odbierze, to zabierze mnie do zoo. – Tomek wyszczerzył się i zamachał ich złączonymi rękoma. – Możesz do nas przyjść po pracy, jak chcesz.

- Nawet mogę? – Uśmiechnął się zaczepnie i ciepło mu się zrobiło na sercu słysząc śmiech Tomka.

- Nawet możesz. – Tomek przytaknął ze sztuczną powagą i natychmiast zachichotał. – Pan Nowicki powiedział, że może nawet spotkam tam kiedyś pana Smugę! – Niebieskie oczy rozszerzyły się komicznie.

Andrzej westchnął w duchu. Znowu ten Smuga.

Jego syn miał obsesję na punkcie jakiegoś sławnego podróżnika i tresera zwierząt i od wakacji nie mówił o niczym innym, jak o cudownym Smudze. Andrzej nie przyznałby się nikomu, ale nawet nie miał pojęcia jak ów podróżnik wyglądał. Nie miał okazji go sprawdzić, a jak okazję miał, to coś innego zaprzątało jego myśli.

Nie bronił jednak Tomkowi chłonięcia wszystkiego, co miało najmniejszy związek z podróżnikiem. Osiem z jedenastu podręczników o wychowywaniu dzieci, jakie kupił, kiedy dotarło do niego, że będzie musiał sam zająć się synem, mówiło, że to normalne. Ekspertem nie był. Kończył geografię, nie psychologię, więc zaufał specjalistom.

- Kto wie? – Przytaknął, żeby zakończyć temat i zatrzymał się na uboczu pod bramą wejściową na teren szkoły. Przykucnął przed Tomkiem i żartobliwie pociągnął go za szalik, co wywołało ciche „Ej” i słaby chichot. – A teraz pamiętaj…

- Będę grzeczny. Istnieją inne przedmioty poza geografią. Mam zjeść całe drugie śniadanie i nie wychodzić poza bramę szkoły bez ciebie albo pana Nowickiego.

- Miło mi, że się rozumiemy. – Uściskał syna i odebrał od niego smycz. Jeszcze raz sprawdził ramiączko od plecaka i upewniwszy się, że ten dzień jeszcze przetrzyma, łagodnie nakierował Tomka w bramę. – Widzimy się po południu.

- Pa!

Andrzej patrzył chwilę, nim Tomek zniknął za masywnymi drzwiami i pani woźna zamachała ręką na niego, że chłopca przechwyciła. Spojrzał wtedy na Dingo siedzącego mu po nogami i pokręcił głową, zerkając na zegarek.

- Idziemy i my, kolego. – Dingo szczeknął i poderwał się do drogi. – Dobrze, że choć jeden z nas jest tak entuzjastycznie nastawiony do życia. Masz szczęście, że nie pracujesz, też by ci wychodzenie z domu zbrzydło.

Nieświadomy nieco niepewnych spojrzeń kierowanych w jego stronę i nadal mówiąc do psa o trudach bycia dorosłym człowiekiem, przeszedł ulicę. Skręcił na szeroką, piaszczystą ścieżkę w lewo i szedł przez park, kiedy jego telefon zaburczał. Nie udało mu się opanować szerokiego uśmiechu, kiedy wyszarpnął z kieszeni spodni komórkę i serce mu łupnęło, bo na ekranie pojawiło się powiadomienie o nowej wiadomości.

Zapatrzony w telefon wlazłby na huśtawki, ale Dingo szarpnął go za smycz i w ostatniej chwili poderwał głowę. Zatrzymał się na moment i z żalem schował telefon do kieszeni, dodając sprawdzenie wiadomości do swojej mentalnej listy zadań. Ominął stojącą za huśtawkami piaskownicę i wyszedł na drugim końcu parku. Stamtąd już z daleka widział stojącą na chodniku, masywną sylwetkę przyjaciela.

- No nareszcie, już myślałem, że się nie doczekam!

- Wybacz, Tadziu, ale to był jeden z tych poranków. – Sapnął, podbiegając tych kilka ostatnich kroków i uścisnął wielkie łapsko Tadka. – Dingo posikał po drodze do szkoły, ale może chcieć zatrzymać się na dłużej. – Oddał przyjacielowi smycz i podrapał psa za uchem. – Dzięki.

- Tyle razy ci mówiłem, że nie masz za co. – Tadek machnął ręką, sam pochylił się nad Dingiem i wyklepał go porządnie ku uciesze samego psa. – Kto odbiera bąka ze szkoły?

- Tadek…? - Andrzej spojrzał na przyjaciela zrezygnowany, bo aż przykro mu było prosić o kolejną przysługę. Nowicki i tak już tyle dla niego robił.

- Nie ma sprawy! Obiecałem smykowi, że zabiorę go do zoo.

- To już wiem. Tomek się pochwalił. – Obydwaj uśmiechnęli się znacząco. - Dzięki, jeszcze raz. – Klepnął Tadka po masywnym ramieniu i odstąpił krok do tyłu. – Życie mi ratujesz. Naprawdę. Dzięki. – Z każdym słowem odchodził kolejny krok.

- Idź już! – Tadek roześmiał się i machnął na niego ręką. – Napiszę, jak już będzie ze mną. Do później!

- Cześć!

Dopiero wtedy obrócił się na pięcie i szybszym krokiem ruszył w dół ulicy, na końcu której migały co raz, jadące po alei samochody. Zerknął na zegarek i odetchnął z ulgą. Przynajmniej do pracy się nie spóźni, a to już podnosiło ocenę jego dnia o jakieś dwa stopnie. Jeśli po powrocie do domu uda mu się ugotować obiad, pozbierać ciuchy Tomka, dokończyć artykuł do gazetki i wstawić to zapomniane pranie przed północą, zakończy dzień z solidną czwórką.

W drodze do muzeum kilkakrotnie chciał sprawdzić wiadomość, ale odważył się na to dopiero, jak już urwał się na piętnastominutową przerwę w połowie dnia.

Włóczykij: hej. Wybacz, że dopiero teraz odpisuję, ale życie i praca się o mnie upomniały. Wycieczka się udała, dzięki, że pytasz. W nic nie wpadłem, uszczerbków na zdrowiu nie ma i nie, nie wspinałem się na żadne góry… a chciałem. Doceń to. A tak na poważnie, to dobrze jest być w domu. Nie śmiej się. Wiem, że się śmiejesz. Ale gdybyś widział tych ludzi, co ze mną pojechali, też byś wolał siedzieć na kanapie. Napisz, co u ciebie. Jak samopoczucie? Śpisz normalnie?

Czuł, że się szczerzy, ale niespecjalnie go to obeszło. Zbyt lubił to uczucie lekkości, jakie towarzyszyło mu za każdym razem, kiedy dostawał od niego wiadomości.

Poznali się na forum jego muzeum, zanim jeszcze zaczął tam pracę. Wdali się wtedy w zażartą dyskusję na temat próby ucywilizowania dzikich plemion żyjących nadal w Nowej Gwinei, przez co zostali wyrzuceni z głównego wątku. Jednogłośnie przenieśli dyskusję na prywatne okno i spędzili tam kilka ładnych godzin. Na koniec wymienili się numerami i kontynuowali rozmowy przez komunikator.

Na samym początku, wiadomości od Włóczykija wydawały mu się nieco oschłe i wiele razy zastanawiał się, czy ten człowiek poza dyskusjami - w sumie o jego pracy - w ogóle chce z nim rozmawiać? Czy odpisywał tylko dlatego, że Andrzej nie potrafił się zamknąć? Z czasem jednak poznał go bliżej i przestało mu to przeszkadzać, a nawet spodobał mu się ten stanowczy, niewylewny ton. Krótko, zwięźle i na temat. Cały Włóczykij.

Ja: No hej. Dobrze wiedzieć, że żyjesz. I tak, doceniam to, że nie wspinałeś się po górach. Dziękuję. Będę spał spokojniej. I wcale się nie śmiałem. Ani trochę. Chyba nie mam co liczyć na jakieś dłuższe relacje z wycieczki? Zdjęcia? Nie nalegam. Ale siedząc w Warszawie trochę tęskno mi się zrobiło za światem. Tak. Żyję swoje życie poprzez Ciebie. Śmiej się. Co do samopoczucia i snu, to jest dobrze. Dzięki, że pytasz.

A może źle wyszło?

Ale było już za późno, bo właśnie mignęły mu dwa niebieskie haczyki, co znaczyło, że Włóczykij w tej chwili odczytywał jego wiadomość.

Cholera.

Uśmiechnął się jeszcze szerzej, kiedy obok okrągłego zdjęcia tygrysa pojawiło się „pisze…”. Zerknął na zegarek i serce mu opadło, bo właśnie kończyła mu się przerwa, a Włóczykij dalej pisał.

No nic. Później sprawdzi.

Zmusił się do wyłączenia telefonu, ale do pracy wrócił już w lepszym humorze, bo jego Włóczykij o nim nie zapomniał. Rozmowy z nim pomogły mu przetrwać te pierwsze miesiące, kiedy najchętniej zamknąłby się w domu i odgrodził siebie i Tomka od całego świata. Nie wyobrażał sobie, że mógłby teraz przestać. Poza Tadkiem nie miał żadnych przyjaciół i to, że mógł w ten sposób porozmawiać z kimś jeszcze, chyba utrzymywało go przy zdrowych zmysłach. Zupełnie, jakby tylko dzięki temu wiedział, że istnieje coś więcej poza tym rozgardiaszem, jakim było jego codzienne życie.

Wiadomość sprawdził dopiero tuż przed snem, kiedy już posprzątał z Tomkiem jego pokój, pozszywał mu plecak i upewnił się, że Tomek umył zęby, „Tak, Tomku, jestem pewien, że pan Smuga szczotkuje zęby trzy razy dziennie”, spakował plecak, „Pamiętasz, co mówiłem o panu Smudze i pakowaniu na wyprawy?” i  grzecznie leżał pod kołdrą, „Tak, Tomku, pan Smuga na pewno śpi, kiedy tylko ma ku temu okazję”.

Szlag go z tym Smugą chyba trafi.

Andrzej ułożył się na wersalce, przetoczył na bok i jęknął cicho, kiedy poczuł jak wszystkie mięśnie rozluźniły się przyjemnie. Aż mu się w głowie zakręciło, ale przemógł się i wymacał w ciemności telefon. Jaskrawy ekran poraził go po oczach i zajęło mu chwilę, nim mrużąc powieki był w stanie cokolwiek zobaczyć.

Włóczykij: Wcale się nie śmieję. Ani trochę. Opowiadać w sumie jest niewiele co. Ale podsyłam kilka zdjęć. Powinny Ci się spodobać. Żyjąc poprzez mnie już byś dawno zawału dostał, a szkoda byłoby, żeby świat stracił kogoś takiego, jak Ty.

Och. Cholera. Jasna.

Andrzej obrócił się na plecy i zawiesił telefon nad twarzą. Przeczytał wiadomość jeszcze raz. Później, żeby dać sobie czas na pozbieranie myśli przejrzał zdjęcia i faktycznie, każde kolejne podobało mu się bardziej, niż to poprzednie. Wybrał nawet jedno i ustawił, jako tapetę ekranu głównego. Wyświetlacz niezmiennie pozostawał zdjęciem Tomka i jego żony, śmiejących się do obiektywu, patrzących wprost na niego. Za każdym razem, kiedy wyciągał telefon z kieszeni, witały go roześmiane zielone oczy otoczone burzą miedzianych loków i te niebieskie, identyczne do jego, błyskające spod płowej czupryny czesanej wiatrem.

Serce mu zakuło i żeby nie stoczyć się w czarną otchłań tuż przez snem, wrócił do wiadomości od Włóczykija. Tylko, że to też niewiele mu pomogło, bo wyglądało na to, że nawet nie zauważył, kiedy ich relacja zaczęła się zmieniać. Andrzej nie był pewny, czy jest na to gotowy. Czy w ogóle powinien? Bo nie minął nawet rok i on nadal budził się rano z uśmiechem, przeświadczony, że za chwilę usłyszy ten łagodny głos tuż nad uchem. Tęsknił za nią. Tak cholernie mu jej brakowało i nie wyobrażał sobie, że mógłby ją tak szybko zastąpić.

A co powiedziałby na to Tomek?

Przecież dla niego odeszła połowa jego świata. Więc czy wciąż próbując dojść do siebie po tej tragedii, przyjąłby taką wiadomość z entuzjazmem? Raczej nie. Zwłaszcza, że Włóczykij był mężczyzną. I nie ważne, jak bardzo doskwierała mu samotność i nie ważne, jak bardzo lubił Włóczykija, Tomek był jego priorytetem. To na nim powinien się skupić i tylko jego potrzeby wziąć pod uwagę.

Tylko, że Włóczykij nie wiedział o Tomku. Nie wiedział o Andrzeju nic, poza tymi kilkoma faktami, które wypłynęły podczas rozmowy. Nawet imion swoich nie znali, posługując się w rozmowach pseudonimami. Na powiedzenie mu teraz, że bardzo Andrzejowi przykro, ale nie spodziewał się, że ich relacja zajdzie tak daleko i musi spauzować, bo musi zając się synem, było za późno.

A może mu się po prostu wydawało i odczytał zbyt dużo z prostych słów, które powinny być zrozumiane w bardziej niewinny sposób?

Nie odpisał.

Sprawdził tylko czy ma ustawiony budzik na piątą trzydzieści, uśmiechnął się krzywo do ekranu i z cichym „Kocham cię” odłożył telefon na szafkę.

Gdzie popełnił błąd, że mu się tak życie pogmatwało?