Chapter Text
Ishida Mitsunari nigdy nie żałował swoich czynów. To była domena ludzi słabego charakteru. Jego działaniom zawsze przyświecały szlachetne motywacje, takie jak lojalność, sumienność i oddanie sprawie, ewentualnie słuszny gniew, skierowany wobec zdrajców oraz innych pasożytów drążących skrycie fundamenty Akademii Basara.
Przy wymierzaniu osądu nie było miejsca na zawahanie. Chłodny, skuteczny i bezlitosny jak ostrze jego miecza, Mitsunari uważał się za osobę odporną na wszelkie przyziemne afekty (kierowane w jego stronę epitety takie jak „agresywny” czy „przewrażliwiony” skwapliwie ignorował, jako że padały z ust stronników zdradzieckiego Ieyasu). Krótko mówiąc, patrząc wstecz nie zmieniłby żadnej ze swoich decyzji.
Przynajmniej do tego momentu. Teraz zaczął żałować dokładnie dwóch.
Mógł nie pójść dziesięć minut wcześniej na dach szkoły, by podziękować Datemu i Sanadzie za bezinteresowne wysprzątanie ulubionej zagrody króliczków lorda Hideyoshiego. Tak wprawdzie należało postąpić, gdyż zarówno Jednooki Smok, jak i Młody Tygrys mieli według założeń lorda Hanbeia odegrać kluczową rolę w nadchodzących wyborach do samorządu. Jednakże mógł się domyślić, że dobry uczynek tej dwójki był nie tylko zupełnie interesowny, ale i nie miał na celu wsparcia frakcji Ishidy. Bezużyteczni obłudnicy.
Mógł też zawrócić na pięcie i odejść, kiedy obok Datego i Sanady przyuważył ich dwóch pachołków. Nie należy się przecież wdawać w ważne dyskusje w obecności byle kogo. Ale w szczególności powinien był się wycofać, ponieważ na dachu znajdował się również on.
Zdradziecki Ieyasu. Intrygant, wichrzyciel, instygator wszystkich nieszczęść oraz problemów w życiu Mitsunariego. Mógł zgadnąć, że jego obecność zwiastowała kłopoty. Niestety jak ostatni głupiec dał się wciągnąć w dziecinną farsę, podczas której okazało się, że Date przypadkiem zamienił się ciałami z Sanadą.
Co za absurd! Mimo to podążył bezmyślnie za resztą w bezsensownej próbie pomocy, przez co aktualnie leżał na ziemi wśród dymiących szczątków brązowego pomnika dyrektora Ody. W głowie mu huczało, a świat wirował przed jego oczami. Czuł się tak, jakby właśnie spadł z karuzeli.
— SHIT! Dyr ostatnio ostro przegina! — obruszył się Jednooki Smok, wstając niezgrabnie.
Mitsunari z całego serca zgadzał się z tą opinią. Bezceremonialny odwet na uczniach za przypadkowe zniszczenie swojej podobizny odznaczał się beztroskim okrucieństwem wykraczającym nawet poza dotychczasowy modus operandi Demonicznego Króla. Lord Hideyoshi od początku przewidywał taki obrót spraw, ale któż by słuchał ostrzeżeń najwybitniejszego męża stanu tego pokolenia…
— Zaiste, niezwykle przesadzona reakcja — przytaknął Yukimura gardłowo, ocierając pył ze swej na powrót dwuocznej twarzy. Wzdrygnął się, zaskoczony, i spojrzał na równie zdziwionego Masamune.
Zorientowawszy się, że dzięki eksplozji jakimś cudem wrócili do swoich własnych ciał, Sanada i Date rzucili się sobie w ramiona, śmiejąc się głośno jak błazny, którymi byli.
Mitsunari przewrócił na to oczami i z wysiłkiem podniósł się do pozycji siedzącej. Wszystko go bolało. Oto konsekwencje dwóch złych wyborów podjętych jednego dnia: siniaki, irytacja oraz zmarnowany czas. Wspaniale realizował wizję lorda Hideyoshiego, nie ma co. Potarł się z rozdrażnieniem po czole.
Date właśnie obracał rozentuzjazmowanego Yukimurę w powietrzu.
— Banda pajaców — burknął do nich Mitsunari, gdy nagle oddech zamarł mu w gardle. Coś było nie tak. Bardzo, bardzo nie tak.
— Brawo, wyszliście z tego dzięki sile waszej więzi! — pogratulował ktoś z boku znajomym głosem.
Ishidę przeszedł zimny dreszcz. To był jego głos. Jego własny.
Gwałtownie obrócił się w miejscu. Kilka kroków od niego stało bez cienia wątpliwości jego ciało. Tyczkowata, białowłosa postać o ostrych rysach Ishidy Mitsunariego wymieniła się z nim zdumionym spojrzeniem. Zastygła z rozchylonymi ustami.
Prawdziwy Mitsunari bardzo powoli, niczym w zwolnionym tempie, spuścił wzrok na ciało, w którym się obecnie znajdował. Żołądek podjechał mu do gardła. Przykrótka kurtka mundurka z żółtym kapturem. Top bezwstydnie odsłaniający umięśniony brzuch. Opalone, muskularne ręce. Solidne rękawice bez palców. Szerokie spodnie. Obraźliwie jaskrawe buty.
Z niedowierzaniem zacisnął, a następnie rozwarł nie swoje dłonie. Nie. Nie. Nie nie nie nie. To nie mogła być prawda. To był żart, okrutny żart, nie, koszmar.
— Mitsunari? — zapytała niepewnie postać obleczona w jego ciało. Sam głos należał do Ishidy, jednak ten ton – ta delikatność – zdecydowanie były cudze. Tylko jedna osoba wymawiała jego imię w ten sposób.
Niezrozumienie zmieniło się w strach. Strach przedzierzgnął się we wściekłość.
Mitsunari zaczął żałować trzeciej dzisiejszej decyzji, tym razem uczynku niespełnionego. Żałował, że zanim do tego wszystkiego doszło, nie zepchnął z dachu szkoły przeklętego zdrajcy, Tokugawy Ieyasu.
— Tyyy… — wycedził w kierunku swojego nemezis. Głosu Tokugawy chyba jeszcze nigdy nie barwiła taka nienawiść. Rzucił się do przodu i chwycił go – siebie – za kołnierz.
— Ieeeyaaasuu!!! — wydarł się opętańczo nieprzyzwyczajonym do tak wysokich oktaw barytonem. — Oddawaj mi moje ciało!
— Bardzo bym chciał, Mitsunari, jednakże zauważ, że nie bardzo mam na to...
Ishida z dziwną łatwością potrząsnął Tokugawą zamkniętym we własnej, smukłej postaci. Nie był pewien, czy to skutek furii, czy może ogromnej siły ciała Ieyasu. Wolał nie zastanawiać się nad tą drugą możliwością.
— Nie ma potrzeby się unosić, Mitsunari! — zapewnił Ieyasu, wykrzywiając nie swoją twarz w obcy jej, zestresowany uśmiech. — Nie wiem, co się stało, ale wszystko da się odwrócić! Datemu i Sanadzie się udało!
— Nie ma potrzeby? Nie ma potrzeby??? — powtórzył histerycznie Mitsunari. — Ostrzegam cię po raz ostatni, wyłaź z mojego ciała, inaczej…
Inaczej co?
Co mógłby mu niby zrobić?
Co mógłby zrobić sobie?
— Spokojnie! — Ieyasu wyplątał się jakoś z jego uchwytu i sam złapał go za ramiona. — Nie obawiaj się, Mitsunari! O ile zawierzymy więzi, która nas łączy, uda nam się z tego…
Ishida odskoczył od niego, alergicznie reagując na wzmiankę o więziach. Nie był nawet w stanie się odgryźć. Zaczynało mu się kręcić w głowie. To nie mogła być prawda. To było niemożliwe, to było straszne, to go przerastało. Gdzieś na peryferiach jego świadomości Sarutobi darł się na Katakurę. Date i Sanada wciąż cieszyli się jak dzieci, podczas gdy doktor Akechi nieskrępowanie chichotał, obserwując całe zajście z dystansu. Było za głośno, za dużo się działo. Musiał się wyciszyć, musiał to wszystko przemyśleć, musiał coś zrobić, lord Hideyoshi—
Wściekłość przeobraziła się niespodziewanie w panikę.
Ishida obrócił się na pięcie i rzucił biegiem w stronę szkoły, potykając się o rękę pomnika dyrektora. Dochodziło do niego wołanie Ieyasu, lecz nie rozumiał z niego ani słowa. Równie dobrze mógł za nim krzyczeć w obcym języku.
