Work Text:
— Słyszałeś? — zapytała baba chłopa, oglądając się za siebie, kiedy minął ją na drodze właściciel wsi z synem.
— Co? — chłop popatrzył na nią spode łba.
— Co ludzie gadają.
— Ludzie ciągle coś gadają.
Baba westchnęła i przewróciła oczami. — Podobno Adamczewski kręci z Pobreżą — wyjaśniła, szturchając mężczyznę łokciem.
Chłop wyglądał, jakby zaraz miał się zachłysnąć własną silną i spojrzał się znacząco na babę. — Ale, że… — podniósł brwi.
— Jacyś tacy dziwni byli na weselu syna wójta, chyba nigdy ich nie widziałam spędzających tyle czasu razem — baba kontynuowała. Chłop pokiwał głową.
— Co się dzieje z tą wsią… — odpowiedział w szoku.
— Za czasów poprzedniego Adamczewskiego takich rzeczy nie było…
Jakub obrócił głowę, przypadkiem podsłuchując ich rozmowę i zmarszczył brwi. Spojrzał się z niepokojem na ojca, który zdawał się nie być świadomym obgadywania go. Przeszli obok kolejnej grupki chłopów. Młody ksiądz wytężył słuch.
— Słyszałam, że Pan Jan Paweł spędził noc po weselu z Panem Andrzejem — szepnęła chłopka do koleżanki, patrząc się wprost na starszego Adamczewskiego. Tej drugiej nagle zapaliły się lampki w oczach.
— Tak, tak! — powiedziała ciut za głośno. Zniżyła głos. — Widziałam, jak ze sobą tańczyli, a później gdzieś nagle razem wybiegli — złapała się za podbródek, starając przypomnieć sobie sytuacje z przyjęcia.
Pierwsza chłopka zamruczała pod nosem. — A tak się nie lubili… Ciekawe co się zmieniło — zaczęła głęboko przyglądać się Janowi Pawłowi. Obie kobiety odwróciły wzrok, gdy spotkał się z tym Jakuba.
Jakub był jeszcze bardziej zdziwiony tym, co słyszy. Jego ojciec nadal szedł spokojnie, nie zwracając uwagi na komentarze mieszkańców wsi.
Dochodząc do drzwi domu, mężczyzna usłyszał jeszcze więcej plotkowania chłopów o właścicielu wsi oraz jego sąsiedzie. W zasadzie od każdego, kogo mijali. Był pewny, że z niektórych rzeczy, o których mimowolnie się dowiedział, będzie musiał się wyspowiadać. No cóż, odpukać.
Jednak nadal był przerażony gadaniem ludzi. Normalne było, że paplają, ale nigdy nie dotyczyły takich spraw. Wiedział, że prawdopodobieństwo relacji Jana Pawła z Andrzejem było dość niskie. Mimo to niezerowe. Skoro tylu ludzi ma to na językach, coś musi być na rzeczy. Poświęcił temu tyle uwagi, gdyż dotyczyło to jego ojca. Nie mógł tego tak zostawić.
W czasie obiadu, gdy cała rodzina delektowała się posiłkiem, Jakub postanowił zapytać ojca, aby odniósł się do tych plotek.
Obejrzał twarze domowników, każdy był skupiony na swoim własnym talerzu. Odchrząknął i zaczął mówić.
— Obiło mi się o uszy — odezwał się donośnie Jakub, spoglądając bezpośrednio na Jana Pawła. — Że tata kręci z Panem Andrzejem — szybko dokończył i odwrócił wzrok.
Jan Paweł upuścił sztućce trzymane w rękach. Gdyby wiedział, co to kopara, to pewnie by mu opadła. Zofia zakryła usta dłonią, a jej oczy się rozszerzyły. Aniela spojrzała się na tatę z lekkim uśmieszkiem na ustach. Stanisław nie zareagował w żaden sposób, skupiając swoją uwagę na obrazku w dłoni.
— Potwarz! — krzyknął szlachcic. Jego córka zachichotała, a żona się przeżegnała. — A żebym miał płacić pięć procent podatków, jak mnie coś z nim łączy! — mężczyzna walnął pięścią o stół.
Jan Paweł czekał na reakcję kogokolwiek z jego rodziny, lecz wszyscy milczeli, obawiając się odezwać. Odchrząknął i spojrzał się na Jakuba.
— Kto takie bzdury gada? — zapytał się, próbując uspokoić nerwy. On i Andrzej? Jego irytujący sąsiad, który jedyne co robi, to gra Janowi Pawłowi na nerwach? Już nie wspomnie o niskiej inteligencji Andrzeja (oczywiście różnej od tej Jana Pawła). Nie ma opcji, że odnoszą się do siebie z czymś więcej, niż z wzajemną wrogością.
Co prawda, Jan Paweł czasami nazbyt interesuje się tym, co wyprawia Andrzej na swoim podwórku. Przypadkiem spojrzy, co tym razem kombinuje. Natomiast było to tylko dlatego, by w razie potrzeby wystąpić przeciwko niemu. Ktoś musi bronić wieś przed nowatorskimi pomysłami sąsiada. Stąd właśnie był zdziwiony dopatrywaniem się dokładniej ich relacji. Może i ostatnio byli zmuszeni ze sobą współpracować w związku z incydentem magnatowskim, jednak była to siła wyższa. Zresztą, oczywiste jest, że to wszystko było winą Andrzeja. Całe szczęście to Jan Paweł jest teraz jedynym właścicielem Adamczychy.
Owszem, rozmawianie z sąsiadem, gdy byli po paru kieliszkach alkoholu, mogło być ciut przyjemne. Możliwe, że nie patrzył już na niego aż tak źle po staraniu się zatrzeć sprawy Henryka i odkupieniu drugiej połowy wsi. Teraz już nie był dla niego rywalem do wydania córki za syna magnata, czy w lepszym obchodzeniu się z Adamczychą. Ale absolutnie nic się nie zmieniło, mówił sobie. To ten przeklęty Andrzej ciągle mąci mu w planach!
— Wszyscy we wsi, ojcze — odpowiedział Jakub, mając w głowie wszystkie rozmowy, które usłyszał w trakcie powrocie do domu. Już myślał o pokutach, które zada chłopom przy następnej spowiedzi.
Jan Paweł mimo prób zachowania spokoju, jeszcze bardziej się denerwował. Chyba musiał znowu przedłużyć dni pracowania na pańszczyznę dla chłopów. Nie mógł tego tak zostawić. Zmarszczył brwi i myślał nad sposobami pozbycia się tej sytuacji. Pojedynkowanie się z każdym mieszkańcem byłoby problematyczne, gdyż musiałby przeprowadzić za dużo walk. To nie tak, że nie był w stanie tego zrobić. Po prostu straciłby swój cenny czas, który może poświęcić na niepracowanie.
Ciekawiło go, co Andrzej o tym myślał. W ogóle wiedział, co działo się we wsi? Zdawał sobie sprawę, co o nich mówiono?
Koniecznie musiał się do niego wybrać. Rzecz jasna, zrobi to niechętnie. Ta plotki mogą się odbić na jego karierze zawodowej, więc jest to sprawa niecierpiąca zwłoki. Jan Paweł nie dokańczając swojego posiłku, wstał od stołu.
— Gdzie idziesz? — zawołała za nim skonfundowana Aniela.
— Zostać najsłynniejszym Janem Pawłem w historii Polski — odpowiedział, jakby było to coś oczywistego. Reszta rodziny popatrzyła się na siebie porozumiewawczo. Wzdychając, zaczęli kończyć obiad.
Gdy tylko Jan Paweł opuścił swój dom i ruszył w stronę podwórka swojego sąsiada, zaczął czuć na sobie wzrok wszystkich wokoło. Normalnie, nie obchodziłoby go co myśli jakiś prosty chłop. Dostałby parę razy cepem po plecach i wszystkim odechciałoby się spiskowania przeciwko niemu. Jednak nie mógł pozwolić, by reputacja Andrzeja poszła z błotem. Znaczy, jego reputacja. Jego. Tak się po prostu stało, że Andrzej też był w to zamieszany. Żeby było jasne, cała wina leżała po stronie sąsiada.
Tak, jak wcześniej nie przysłuchiwał się konwersacjom chłopów (bo o czym mogą rozmawiać tacy prymitywni ludzie), tak teraz był ich zbyt świadomy. Wszystkie oczy za nim chodziły, kiedyś może i by był z tego dumny, w tym momencie czuł się nadto obserwowany. Ludzie zaczynali do siebie szeptać, zakrywając usta dłońmi. Patrzyli się na Jana Pawła, jakby chcieli powiedzieć, że wiedzą o wszystkim.
Im bliżej był domu Andrzeja, tym bardziej ilość plotkarstwa chłopów narastała. Każdy chciał wiedzieć, gdzie ich pan się wybiera, a gdy orientowali się, w którym kierunku zmierza, musieli to rozpowiedzieć kotowi kuzyna wujka od strony siostry ciotecznej matki. Jan Paweł czuł narastającą na sobie presję i zamiast wkroczyć na teren domu Andrzeja, skręcił przed nim, unikając konfrontacji z sąsiadem. Gdyby chłopstwo zobaczyło ich teraz razem, naraziłby się na większość ilość łgarstw.
Nagle wpadł na genialny pomysł. Jak to on.
Wrócił do domu, wziął kartkę, pióro i zaczął pisać.
— A… And… — literował pod nosem wyraz, który chciał napisać. Podrapał się po podbródku, zastanawiając się, jak się pisze Andrzej.
Po paru nieudanych próbach i pomazanych, zgniecionych kartkach jego wiadomość była gotowa. Teraz musiał ją tylko dostarczyć. Sam nie mógł tego zrobić, a nie poleci tego nikomu z rodziny. Ponownie udał się na dwór, szukając jakiegoś nudzącego się chłopa, któremu powierzy to zadanie.
Jego wzrok utkwił się na chałupie kowala, gdzie pracował jakiś młodzieniec. Nie kojarzył go, więc uznał, że to idealny ochotnik do wykonania tej czarnej roboty. Czym mniej świadków, tym lepiej. Podszedł do niego.
— Ty, kimkolwiek jesteś — zwrócił się do niego z pogardą. Chłop skupił uwagę na Janie Pawle, witając go. Spojrzał się zmieszany w bok, będąc zmęczonym ciągłym przypominaniu szlachcicowi, że nazywa się Maciej.
— Przekaż tę wiadomość do tamtego domu — wskazał na lokum Andrzeja i podał chłopowi kopertę z listem.
— Do Pana Andrzeja? — zapytał, ale po minie Jana Pawła zorientował się, że źle zrobił.
Szlachcic głęboko westchnął. — Nie interesuj się — odpowiedział piskliwie i obrócił się na pięcie. Maciej zdążył tylko niezręcznie odpowiedzieć oczywiście Jaśnie Panie , chowając swoją ciekawość głęboko w sobie. Jednak pomyślał, że przy okazji dopyta Anielę o nowe konspirowanie właściciela wsi.
Janowi Pawłowi pozostało tylko czekać.
Już zaraz miał być wieczór, słońce zachodziło. Z nerwów chodził w kółko w środku stodoły. Czy na pewno Andrzej dostał jego list? Co jeśli ten chłop go nie dostarczył, co gorsza sam otworzył i przeczytał? Jan Paweł na pewno go znajdzie i pokaże, co to znaczy cep.
Wracał myślami do tego, jak przeprowadzić rozmowę z Andrzejem. Z jakiegoś powodu nie dawało mu to spokoju. Myśl o ich domniemanej relacji przyprawiała go o dziwne uczucia. Najpewniej było to oburzenie. Ze złości aż paliły go policzki i kołatało mu szybciej serce.
Jak ktoś mógł pomyśleć, że on i Andrzej mogli ze sobą żyć, jak żona z mężem? Że kiedy nikt nie patrzy, zbliżają się do siebie, bez ani milimetra odstępu między sobą? Dotykają się i pieszczą… Jan Paweł był coraz bardziej zdenerwowany. Cholerny Andrzej!
O wilku mowa, bo nagle drzwi stodoły otworzyły się i stanął w nich upierdliwy sąsiad.
— Janie Pawle — Andrzej kiwnął w jego stronę. W prawej ręce miał list, jednak nie mógł się dopatrzeć, co znajdowało się w lewej.
— Andrzeju — powitał go. — Musimy porozmawiać.
— Oj tak, musimy — odpowiedział stanowczo i rozwinął trzymaną wiadomość. — Szczególnie o ortografii.
Andrzej spojrzał się z dezaprobatą na list Jana Pawła.
Andżeju,
spotkaimy się dzisiaj w stodole pszy zahodzie słońca.
— Orto… Co? — zastanawiał się Jan Paweł. Wiedział co to, tylko miał na końcu języka.
Zrezygnowany Andrzej westchnął. Złożył list, nadal trzymając tajemniczy przedmiot w drugiej ręce. Jan Paweł po przeglądnięciu się zauważył, że był to bukiet… Z żyta?
Andrzej spostrzegł, że jego sąsiad dociekliwie gapi się na zboże. Wyciągnął dłoń w jego stronę, podarowując mu pęk.
— Przyniosłem je dla ciebie — wyjaśnił, a Jan Paweł poczuł, jak wbiły mu się nogi w ziemię i nie mógł się ruszyć. Wodził oczami, a to na żyto, a to na Andrzeja.
Co to miało znaczyć?! Dlaczego Andrzej mu coś daje? Poczuł, jak temperatura mu rośnie, a szczególnie ciepło czuł na twarzy. Chciał się jakoś odezwać, ale żadne słowa nie przechodziły mu przez gardło.
— Więc, o czym chciałeś porozmawiać? — zapytał Andrzej po krótkiej chwili ciszy.
— Wiesz, co mówią we wsi? — w końcu odezwał się Jan Paweł, decydując o niekomentowaniu niepojętego prezentu i przejściu do rzeczy. Chłopstwo nie może ot, tak sobie plotkować o przyszłym królu Polski.
— Nie dostają pieniędzy i nie pamiętają, kiedy ostatnio zjedli kiełbasę — odrzekł Andrzej, jakby słyszał tę wypowiedź wcześniej już kilkanaście razy.
— Co? — zdziwił się właściciel wsi. — Nie to…
Jan Paweł zawiesił się na moment. Jak dokładnie chciał przekazać Andrzejowi to, że cała wieś myśli, że mają ze sobą romans?
Andrzej podniósł brew, zastanawiając się, do czego zmierza jego sąsiad. Jan Paweł zauważył jego zniecierpliwienie, jeszcze bardziej popadając w nerwowość.
— No… Że… — szukał odpowiednich słów, ale wszystkie wydawały się niewłaściwe.
Uznał, że najlepiej będzie, jak to pokaże. Uniósł dłonie, tak aby nie wypuścić bukietu, złączył palce, aby przypominały dzióbki. — Ja — podniósł jedną z rąk. — I ty — teraz drugą. Przysunął je do siebie i kiedy jego opuszki palców się dotknęły, wydał z ust dźwięk cmoknięcia.
Spojrzał się na Andrzeja, który procesował, o co chodziło Janowi Pawłowi. Gdy zrozumiał, rozszerzył oczy i próbował stłumić śmiech. Nie udało mu się to, do tego roześmiał się aż do rozpuku. Niższy szlachcic czekał, aż jego sąsiad coś powie. Rzucił okiem na swoje dłonie, które miały imitować ich pocałunek. Znowu cały rozpalony, ponownie wbił wzrok w Andrzeja, który próbował się uspokoić i trzymał się za brzuch.
Zaczął zastanawiać się, jakby wyglądało naprawdę całowanie się z Andrzejem. Czy byłby w tym dobry? Na pewno Jan Paweł byłby w tym lepszy.
— Przepraszam, Janie Pawle — Andrzej odezwał się, kiedy w końcu pohamował śmiech. — Myślą, że mamy romans? — rozłożył ręce i zrobił krok do przodu.
Jan Paweł próbował uciszyć Andrzeja, kładąc palec na swoje usta. — Co o tym myślisz? — wyszeptał. Andrzej zmniejszył odległość między nimi, tak że byli tylko o krok od siebie. Zastanawiając się, patrzył się na sąsiada.
Były właściciel (większej) połowy wsi, ujął dłoń Jana Pawła w swoją. Podniósł ją na wysokość swoich ust i złożył na niej pocałunek. — Wiesz, myślałem sobie…
Chwila! To nie tak miało być! Jemu nie o to chodziło! Jan Paweł chciał się dowiedzieć, jak rozwiązać sytuację we wsi, albo którego cepa użyć, by pogonić chłopów do roboty, a nie do plotek. Stał jak wryty w ziemię i czekał na następne słowa Andrzeja, który uśmiechał się w jego stronę. Serce Jana Pawła zaczęło szybciej bić. Co musiało być w tym mężczyźnie przed nim, że tak na niego reagował?
— Może gdybyśmy zaczęli jeszcze raz… Sytuacja się zmieniła… — Andrzej zaczął przejeżdżać kciukiem po ręce Jana Pawła. W jakiś sposób ten ruch go uspokajał. — Nie musielibyśmy się tak gryźć.
Coś kusiło Jana Pawła, aby spróbować. Może Andrzej zatrudnił jakąś wiedźmę, aby rzuciła na niego urok.
Musiał też przekonać się, że to on lepiej całuje.
— Anielka zawsze mi powtarzała, że jeśli chcę kogoś pocałować, to mam o to wpierw zapytać — oznajmił i spojrzał się na usta Andrzeja, a następnie w jego oczy. — Nastolatki — wtrącił, śmiejąc się. Twarz sąsiada była cała czerwona i dawał wrażenie, że nie dowierzał, co się dzieje. — Mógłbym cię pocałować?
Andrzej uśmiechnął się i pokiwał głową. Nie czekając na reakcję Jana Pawła, pochylił się i złączył ich usta, łapiąc za policzek swojego sąsiada.
Jan Paweł od razu oddał pocałunek. Czuł zarost Andrzeja, łaskoczący go po twarzy. Wydawało mu się, jakby cały świat się zatrzymał, tylko po to, aby mogli dotknąć się ustami. Jednak nie skończyło się tylko na jednym razie i Andrzej coraz namiętniej go całował. Teraz trzymał jego oba policzki, niczym Jan Paweł miałby mu uciec. Niższy szlachcic musiał przyznać, że Andrzej robił to naprawdę dobrze. Każde muśnięcie warg było niczym jechaniem windą do nieba. Sam próbował nadążać nad mężczyzną, dostosowując swoją siłę do tej Andrzeja.
Po chwili rozłączyli się, aby złapać oddech. Andrzej patrzył się na niego, głębiej oddychając. Jan Paweł nie chciał przyznać, że to on przegrał w jego cichym zakładzie całowania. Może mógłby się do tego przyzwyczaić.
Postanowił, że w końcu zapyta się o coś, co chodziło po nim z tyłu głowy.
— Dlaczego dałeś mi to żyto?
— Po przeczytaniu twojego listu, myślałem, że chcesz mnie zbałamucić — wyjaśnił. Ponownie złapał Jana Pawła za rękę i tym razem opuścił ją wzdłuż ich ciał.
Jan Paweł prychnął, zdając sobie sprawę z absurdu tej sytuacji.
Przypomniało mu to o liście, i że spotkali się, aby ustalić, co zrobić z plotkarstwem chłopów.
— To, co zaradzimy na wieś? — nareszcie zrobił to, po co tu przyszedł, z małym dodatkiem, ale tylko wychodząc na plus.
Andrzej westchnął, wiedział, że będzie to problem. Nie mogą tak po prostu przyznać się przed całą wsią, co właśnie stało się w tej stodole. Zresztą sami jeszcze nie wiedzą, co z tym fantem zrobić. Na razie wystarczy im to, co jest.
— Zbierzemy chłopów, zaprzeczymy plotkom i… — przedstawił swój pomysł.
— Zagrozimy cepem! — wtrącił Jan Paweł.
— Bez cepa — oświadczył Andrzej i ścisnął mocniej dłoń kochanka.
— Wezmę tak na wszelki wypadek.
Andrzej pokręcił głową, uśmiechając się, złożył kolejny pocałunek na ustach Jana Pawła.
W każdej legendzie znajduje się ziarno prawdy.
