Actions

Work Header

widzę po sobie czasów przeszłych piętna

Summary:

Inspektor Możejko ma kryzys.

Notes:

mam nadzieję, że przeczytacie to z taką przyjemnością, z jaką ja to pisałam :)

ps jakbyście mi powiedzieli kilka lat temu, że kiedyś napiszę ff o ojcu mateuszu, to chyba bym się przeżegnała lewą ręką

Work Text:

– Wie ksiądz, ja naprawdę dawno tego nie robiłem. Nie wiem, chyba przed Dominikiem jeszcze… – Orest zaśmiał się nerwowo i powiódł wzrokiem po skąpanym w porannym słońcu pomieszczeniu. – Chyba wyszedłem z wprawy, jeśli kiedykolwiek w niej byłem.

– Nic nie szkodzi, panie Inspektorze – usłyszał w odpowiedzi. – Każdy moment jest dobry, by do tego wrócić, nawet po najdłuższej przerwie.

Minęło już dobrych kilka godzin, odkąd Orest wyszedł z domu i wiedziony słabym światłem latarni oraz własną podświadomością dotarł na plebanię. Z początku nie zarejestrował nawet, gdzie dokładnie się znalazł, lecz gdy w jednym z okien zobaczył tlący się ogarek świecy, a na jego tle dobrze znaną mu sylwetkę, kawałki układanki w końcu wpadły na swoje miejsca. Bez chwili namysłu zapukał w szybę i zastygł z ręką w powietrzu, orientując się, która właściwie musiała być godzina. Przez myśl przeszło mu jeszcze oddalić się jak najciszej i najszybciej mógł, ale okno otworzyło się prawie natychmiast i Orest znalazł się oko w oko z przyjacielem. Żadne z nich nie poruszyło się, zaskoczone widokiem tego drugiego i dopiero ciche „ma ksiądz chwilę?” wyrwało ich obu z odrętwienia. Mateusz tylko skinął głową i okno się zamknęło, a zaraz po tym rozległ się szczęk przekręcanych w zamku kluczy. Prawie bez słowa dotarli do kościoła, do którego właściwie żaden z nich nie zdążał – stara świątynia miała jednak to do siebie, że przyciągała ludzi w ewidentnej potrzebie. Usiedli gdzieś w środkowym rzędzie, po omacku nawigując pomiędzy pozostawionymi jeszcze przez weselników ozdobami.

Mrok ustępował kolorom poranka, przedzierającym się do środka przez witraże świętych. Dopiero teraz, pośród tej symfonii barw, powoli stawali się dla siebie widoczni – obydwoje jakby starsi, naznaczeni większą ilością zmarszczek niż zwykle, mimo to z właściwym sobie błyskiem w oku. Orest uznał, że księdzu dodawały tylko dostojności i wcale nie odejmowały mu uroku (oczywiście obiektywnie sądząc), wręcz pokrzepiały pociechą, kiedy podkreślały jego dobroduszny uśmiech.

Rzucone mu pytające spojrzenie rozwiało jego wątpliwej zasadności dywagacje. Sam właściwie nie wiedział, od jak dawna zaprzątały mu głowę, bo te dzisiejsze zdecydowanie nie zdarzyły się po raz pierwszy. Odchrząknął zmieszany i spuścił wzrok, nie wiedząc jak brnąć dalej.

– Naprawdę nie wiem, co mi strzeliło do głowy, przepraszam. Budzić księdza o takiej porze… żebym ja chociaż jakieś formułki znał, cokolwiek…

– Nic się nie stało, i tak nie zmrużyłem dziś oka – przez twarz księdza przebiegł cień, jakby nieodgadnione strapienie. – A formułki to doprawdy najmniejszy problem, ważne, że jest pan tutaj.

Mężczyzna przytaknął jakby z pewną dozą wahania, ale nie wycofał się. Poczuł na swoich plecach ciepło otaczającego go ramienia i nerwy trochę mu odpuściły… tylko po to, aby powrócić znowu, kiedy ksiądz swoją drugą ręką przykrył jego splecione dłonie, spoczywające na oparciu ławki.

Byli tak blisko, że Orest przez chwilę mógł poczuć na własnym policzku oddech swojego rozmówcy, zanim ten nie odwrócił się na powrót do ołtarza. Oddech tego księdza, którego obecności przed laty tak bardzo nie mógł znieść, a którego wizyty dziś wyczekiwał jak niczego na świecie. Za każdym razem, gdy zasypiał, widział jego twarz i te błękitne oczy, które przywodziły mu na myśl wodę z górskich strumieni rozświetlaną słońcem. Przypominał sobie rzucane raz po raz porozumiewawcze spojrzenia i wymieniane niby to z grzeczności uśmiechy, które w istocie znaczyły więcej niż samo pozdrowienie. Jakby obietnica czegoś więcej. Wydawało się, że łącząca ich relacja powoli przestawała być jedynie zażyłą przyjaźnią i przeradzała się w coś pełniejszego, dojrzalszego, sprawiając, że serce Oresta wręcz rwało się do przodu, nie mogąc usiedzieć na miejscu.

– To co, zaczynamy? – szept rozległ się po pustej świątyni, odbijając się echem od zdobionych ścian. Dziś, tak wcześnie rano, świadkiem ich rozmowy mógł być tylko sam Najwyższy, spoglądający czule znad ołtarza tymi swoimi umęczonymi za świat oczami. Dwoje powołanych do czynienia dobra samotnie naprzeciw niego. Mimo wszystko coś nie pozwalało nawet księdzu podnieść głosu i zmącić ciszy otulającej ich jak najmilszy puch.

Orest miał wtedy wrażenie, że został przejrzany na wylot.

Maska powoli opadała na ziemię, a głęboko skrywane uczucia ulatywały w powietrze. Wszystkie te nieprzespane noce, wszystkie wątpliwości i gniew, który nosił w sobie od tak dawna przestawały nosić miano tajemnicy i traciły na znaczeniu. Podkrążone oczy, przerzedzające się włosy i spierzchnięte usta pozostawały niezauważone, jako drugorzędne sprawy zepchnięte na dalszy plan, a liczyło się już zupełnie co innego. Że to, co zaczynał czuć, nie jest wcale czymś godnym potępienia, nieważne jak gorliwie będzie to sobie wmawiał. Że wszystkie niewypowiedziane słowa, które od nowa układał w wyznanie każdego dnia mogły takie pozostać, bo ich treść była już doskonale znana wszystkim obecnym w tym pomieszczeniu.

Orest zamknął na chwilę oczy i odetchnął głęboko, zbierając myśli. Gdy je otworzył, zobaczył zbliżającą się do jego twarzy dłoń, ujmującą jego policzek. Pochylił się ku niej i pozwolił otrzeć zbłąkane łzy, zanim trafiłyby na starą, pogiętą koszulę. Gdyby zaplanował tę dzisiejszą wizytę, honor nakazywałby wybrać swoje najlepsze ubranie, a może nawet i mundur galowy. Zdecydowanie bardziej pasowałyby do okoliczności.

Było w tym jednak coś szczerego, w jego miejscami podżartej przez mole flaneli i nieco wypłowiałym już polarze księdza, siedzących naprzeciwko absolutu. Obu wyrwanych z bezsennego czuwania, obu drżących nieco w porannym chłodzie. Z zimna, z niepewności, z tęsknoty za czymś nieuchwytnym, a jednak najważniejszym. Ze wszystkich przykazań.

„Kadr zupełnie jak z filmu”, przemknęło Orestowi przez głowę, zanim obie już ręce nie objęły jego twarzy i nie przytknęły jej do Mateuszowego czoła. Niczego nie był w życiu pewien bardziej, niż swojej obecności w tym miejscu, o tej godzinie.

– Gotowy?

– Tak – chwila załamania głosu i nieśmiały uśmiech wstąpił na twarze obu panów. - Niech będzie to modlitwa dziękczynna, chyba od tego powinienem zacząć.